Drodzy Przyjaciele Misji! Zawsze strony kalendarza odliczają nam uciekający czas – nie tylko dni, tygodnie, miesiące, ale w szczególności lata. Kończący się rok 2025 pokazuje mi na liczniku 15 lat poświęconych misji w Kolumbii (2 lata jako kleryk na praktyce OTP i 13 lat już jako kapłan), z których 14 lat spędziłem tu, nad rzeką Atrato w zachodniej części kraju, pośród Afrokolumbijczyków, Indian Embera Dobida i Katío oraz Metysów. W ciągu ośmiu lat na misji w Vigía del Fuerte i tutaj w Murindó, Indianie i Afrokolumbijczycy byli jakby dwoma płucami w mojej pracy. Do tego dołączam Metysów, którzy jako rolnicy, hodowcy bydła, starają się w kilku naszych wioskach walczyć o swój byt.

Pierwsze lata nad Atrato to okres, gdy najsłynniejsza kolumbijska partyzantka FARC decydowała o wszystkim, choć obok byli żołnierze, policja itd. To  partyzanci tej grupy w 2016 r. niemal całkowicie oddali broń i zawiesili walkę, aby dojść do polityki, Dziś, niestety, wiele grup odszczepieńczych FARC podejmuje walkę, organizuje zamachy i sieje terror. Robią to jednak bardziej jako tchórze, bez twarzy, raniąc żołnierzy, policjantów itd.

Msza za zmarłych na cmentarzu (fot. archiwum autora)

Po odejściu FARC pojawili się tu partyzanci z ELN [Ejército de Liberación Nacional, lewicowa partyzantka – przyp. red.] i ich miny zakładane na szlakach do wiosek Indian i ich ofiary, o których pisałem wielokrotnie. Ostatnie lata obecności grup paramilitarnych też nie pozwoliły ludziom z moich wiosek czuć się bezpiecznie. Nie brakuje okresów, gdy w rzece Atrato płyną z nurtem ciała osób, które są tak eliminowane jako podejrzane o działające im na szkodę.

Te 15 lat w Kolumbii to też nauka wielu potrzebnych rzeczy, aby móc dotrzeć, nie tylko z Ewangelią, do ludzi, do których zostaliśmy posłani, bo niepokój, strach i wojna paraliżują ich psychikę i zaufanie do drugich.

Mijający rok był też nieco ciężki ze względu na cztery powodzie, które zabrały uprawy Indian, Metysów i plantacje Afrokolumbijczyków na brzegach Atrato. Gdy w jednym czasie wzbierają 3 czy 4 dopływy i łączą się z Atrato, żywioł zabiera to, co starali się uprawiać, aby wyżywić rodziny. Przede wszystkim jednak, zabiera ludziom nadzieję.

Indianie z Ñarangué (fot. archiwum autora)

W tym roku rozpoczęliśmy programy pracy z młodzieżą, aby odsunąć ich od tematyki wojny i dać im lepsze opcje na przyszłość. Poprzez te programy młodzi powinni starać się tworzyć projekty, które dają im szansę na rozwój. Dlatego szukamy sposobów, aby mieli szansę na studiowanie ciekawych kierunków. Lata spędzone wcześniej w Vigía del Fuerte z grupami tanecznymi młodzieży i dzieci pokazały, że gdy dorastają i wyjeżdżają do Medellin, Urabá i innych miejsc, aby studiować, zawsze jest nowa kolejka chętnych, aby zająć ich miejsce i uczyć się dzielić się tym wszystkim z pozostałymi. Najważniejsza jest ta dynamika i wszystko idzie w dobrym kierunku.

Myślę, że ważne jest głoszenie Dobrej Nowiny wszelkimi dostępnymi sposobami. Ważne, by być dla tych ludzi i być z nimi. Pamiętam jak w ubiegłym roku po Wielkanocy popłynąłem 8 godzin motorówką do Quibdó, stolicy mojej diecezji, aby przekazać tam tacę z Wielkiego Piątku na konserwacje miejsc w Ziemii Świętej. Jedząc obiad w małej restauracyjce byłem obserwowany przez grupę Indian. Jedna z młodych kobiet wpatrywała się we mnie i coś mówiła do drugiej. Gdy spytałem skąd jest, odpowiedziała, że z Chanú w parafii w Bellavista, ostatniej indiańskiej wioski nad rzeką Bojayá, sąsiadującej z naszą misją w Vigía del Fuerte. Byłem tylko raz w tej wiosce Indian, oddalonej o 12 godzin podróży łodzią. Było to w lipcu 2013 r., gdy partyzanci z ELN grozili rekrutacją młodych chłopaków i gwałtami na dziewczynach. Nasza kilkudniowy pobyt tam sprawił, że Indianie czuli się bezpieczniej, bo ktoś był z nimi. Ta dziewczyna z restauracji miała wówczas 9 lat, a teraz, już jako 20 latka, przypomniała sobie o mnie, bo zostawiliśmy wówczas ślad tym darem czasu bycia dla nich i z nimi. To ważne, bo zawsze starałem się pozostawić Jezusa, który o nikim nie zapomina. Dziś po latach nadal mnie rozpoznają, choć ponieważ się starzejemy, częściej to ja muszę pytać, skąd są.

Bierzmowanie w Murindó (fot. archiwum autora)

Werbistowska prowincja w Kolumbii wciąż przyjmuje nowych misjonarzy, wyświęcanych w Indonezji, Indiach, Wietnamie. Niebawem chcę im tu ustąpić miejsca, aby i oni poznawali najpiękniejszą misję w Murindó czy w Vigía i sami starali się odczytać plany, jakie ma Bóg na ich drodze misyjnej. Myślę, że za kilka miesięcy rozpocznę nowy rozdział mojej posługi – w nowej kulturze, ale ciągle z Indianami, do których Bóg zawsze stara się mnie posyłać. Temat antropologii i kultur zawsze mnie interesował. Myślę, że to nowe wyzwanie od 2026 roku jest tym, co Pan sam mi wskazuje od ponad roku wieloma sygnałami, znakami i osobami stawianymi na mojej drodze życia. 

Niech zbliżające się Boże Narodzenie będzie dla każdej i każdego z Was czasem, gdy na nowo rodzi się ta miłość, ta nadzieja i ta wiara, które przypominają nam, że On przychodzi, aby wskrzesić w Nas to, co czasami gaśnie w szarości dni. Niech Nowonarodzona Boża Dziecina będzie dla Was tym światłem w drodze do domu, w drodze do drugiego człowieka, abyśmy na nowo się spotkali w tym, co takie proste, maleńkie, jedyne, a co staramy się każdego dnia dać tym ludziom do których Bóg nas posyła. Szczęśliwego, pełnego Wiary, Nadziei i Miłości, 2026 roku. Szczęść Boże!

o. Michał Radomski SVD
Kolumbia

Indianka Emera Eyabida przy pracy (fot. archiwum autora)