Drodzy Darczyńcy i Przyjaciele Misji w Polsce! W imieniu wspólnoty Sióstr Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego składam najszczersze podziękowania za pomoc w dofinansowaniu zakupu samochodu Toyota Land Cruiser 4×4 SUV dla naszej misji w Bandundu w Demokratycznej Republice Konga.
Bandundu (dawniej Banningville) to miasto w zachodniej części kraju, stolica prowincji Kwilu, położone ok. 400 km na północny wschód od Kinszasy u zbiegu rzek Kwango i Kwilu. Jest ważnym portem rzecznym i ośrodkiem rolniczym (maniok, orzeszki ziemne, olej palmowy), liczy ponad 116 tys. mieszkańców (2026 r.), posiada port lotniczy.
Nasza misja jest pionierską i jesteśmy w tej chwili we trzy w naszej wspólnocie: siostra Leema Rosa z Indii, siostra Angelina z Angoli i ja, Polka. Są jeszcze siostry w Kinshasie, stolicy kraju, w dwóch wspólnotach, jest ich sześć. Prowadzimy pracę misyjną, rozpoczynamy nasze apostolaty w szpitalach i pracę pastoralną na parafiach.
Samochód chcemy używać w celach edukacyjno-pastoralnych. Mamy projekt-plan, żeby jeździć po różnych, okolicznych miejscowościach i prowadzić program „Jak przeciwstawiać się malarii”. Jedna z sióstr we wspólnocie jest do tego przygotowana profesjonalnie i może dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem i praktycznymi poradami.

Statystycznie na świecie więcej ludzi umiera na malarię niż na raka. Ważne jest, żeby ludzi edukować, rozwijać świadomość rodziców, jak się ustrzec tej choroby, jak jej zapobiegać i uświadamiać dzieci, jak mają chronić się przed ukąszeniami komarów, które przenoszą tę chorobę.
Jeździmy już samochodem. Trzeba było go przetransportować z Kinshasy do Bandundu, bo w stolicy był zarejestrowany, ubezpieczony, zrobiono też tam przegląd techniczny i inne rzeczy. Sprawdził się już w trasie. Jechało nas tu razem 5 osób, każdy ze swoimi bagażami, samochód załadowany po brzegi oraz bagażnik na dachu. To była nasza pierwsza taka wyprawa. Podróż trwała 19 godzin, po drogach bardzo zniszczonych i niemal nieprzejezdnych. Nawet terenowe samochody mają olbrzymie problemy i jest tylko jedna droga asfaltowa ze stolicy. Przy tej okazji mogliśmy nabyć w Kinshasie i przewieźć rzeczy potrzebne do naszego domu, których nie możemy kupić w Bandundu, a jeżeli możemy, to znacznie drożej.

Podroż była bardzo długa i uciążliwa. Dziesięć razy byliśmy zatrzymywani na posterunkach policji, gdy przekraczaliśmy granice poszczególnych prowincji Konga. Byłam legitymowana, musiałam okazywać kopię mojego paszportu i wizę.
W tym samym czasie, taką samą Toyotą, jak nasza, jechał wysokiej rangi kongijski polityk z Kwilu ze swoimi kierowcami. Ich samochód był na państwowych numerach i stał przy drodze. Zatrzymaliśmy się, żeby zapytać jak można im pomóc. Tamci odpowiedzieli: „Nie jedźcie tą drogą, bo jest nieprzejezdna.” A tam innej drogi nie było, więc należałoby wrócić do głównej i dalej jechać inną drogą. Brat, który prowadził nasz samochód, zdecydował: „Jedziemy dalej! Siostra się modli, a ja będę jechał.”
Droga była wyżłobiona przez deszcze, samochód miejscami tak bardzo się przechylał, że omal… Strach pomyśleć, ale udało się nam pokonać ten odcinek trasy. Dodam tylko, że bez łopaty i maczety w bagażniku nie można się wybierać w drogę. My też korzystaliśmy z tych narzędzi. Potem rozmawialiśmy między sobą, że dobrze, że ten polityk doświadczył, jak trudne jest przemieszczanie się przy takim stanie dróg. Może spowoduje naprawę choć tych najgorszych nieprzejezdnych miejsc.

Czasem było naprawdę niebezpiecznie, ponieważ są to tereny objęte wojną domową, patrolowane przez jednostki militarne pod bronią, gdyż plemiona od wielu lat spierają się o ziemię zwaną „Płaskowyżem Bateke”. Jest to miejsce na pograniczu trzech prowincji: Kinshasa, Kwango i Kwilu. Innymi słowy, jest to właśnie miejsce, gdzie te trzy prowincje się stykają.
W pewnym miejscu spotkaliśmy motocyklistę jadącego z przeciwka z kobietą oraz dzieckiem z głową nakrytą chustą, siedzącym ciasno między nimi. Byłam zdziwiona, dlaczego ta osoba w środku ma nakrytą głowę. Zapytałam brata: „Dlaczego on tak jedzie? Dlaczego to dziecko ma zakrytą twarz, przecież nie może oddychać!” Odpowiedział mi: „Siostro, to zmarłe dziecko.” Ja: „To dlaczego nie w samochodzie?” Brat: „Tu nie przejedzie żaden samochód, żaden ambulans. Tylko w ten sposób transportują zmarłych. To są częste widoki.”
Bardzo to przeżyłam, ponieważ widziałam po raz pierwszy taką sytuację. Pamiętam twarze rodziców siedzących bardzo blisko siebie, dziecko w środku – już właściwie zwłoki! Pomodliliśmy się wtedy za nich i za zmarłego. Pomyślałam: jakie trudne jest życie w Kongo. W niektórych miejscach Konga, niemożliwe jest przewieźć normalnie trumnę w samochodzie!

W drodze zatrzymaliśmy się w Bagacie, w miejscu gdzie trzeba było przekroczyć rzekę Kwilu. Było już po godzinach otwarcia, ale załoga jeszcze przypłynęła i dzięki temu mogliśmy przejechać na drugą stronę wielkiej rzeki. Tam spotkałam ludzi, którzy pracowali zarobkowo przy zbiorze manioku i kukurydzy i cieszyli się, że mogą z nami wrócić promem, a nie małymi łódkami. W tej miejscowości nie ma w ogóle prądu. Było to dla nas doświadczenie, bo jechaliśmy po ciemku, drogi były nieoświetlone i miejscami nieprzejezdne.
Wspomniana wyżej rzeka Kwilu (1230 km) jest dopływem Kasai (2153 km), a Kasai dopływem rzeki Kongo (4700 km ), która jest najgłębszą rzeką świata i drugą co do długości (po Nilu) rzeką Afryki. Dzięki obecności rzek, roślinność w Kongo jest niezwykle bujna i zróżnicowana, są też lasy tropikalne.
W trasie, gdy się czasem zatrzymywaliśmy, wielu miejscowych Kongijczyków, dorosłych i dzieci podbiegali do nas oferując swoje lokalne plony/produkty/towary tzw. marketing drogowy, żeby zdobyć pieniądze. Trudno było wszystko kupić, ale też chcieliśmy ich wesprzeć i kupowaliśmy niektóre owoce czy warzywa.

Podzieliłam się z Wami tylko niektórymi migawkami z mojej pierwszej podróży nowo zakupionym samochodem. Było ich więcej i w przyszłości prawdopodobnie będzie ich znaczniej więcej. Zawsze pamięta się najbardziej ten pierwszy raz. Chciałam, aby czytelnicy mogli sobie niejako wyobrazić, czym jest taka wyprawa misyjna w Afryce.
Samochód pojawił się w najbardziej odpowiednim momencie, ponieważ w maju przenosimy się do innego domu, do parafii pw. Św. Józefa Freinademetza w Bandundu. Wszystkie nasze rzeczy osobiste i wspólnotowe będziemy mogły z łatwością przewieźć.
Na co dzień samochód służy nam w naszej pracy, w dojeżdżaniu do szpitali, odwiedzaniu ludzi, którzy potrzebują naszej pomocy. Samochód niezmiernie ułatwia nam życie. Kiedyś, gdy popadał deszcz, niemożliwe było przemieszczać się gdziekolwiek ze względu na fatalną jakość dróg. A teraz, pomimo opadów, możemy dojeżdżać do różnych miejsc i załatwiać sprawy.
Kochani, polecamy się nadal Waszym modlitwom i także zapewniamy o naszej codziennej modlitwie za naszych Dobrodziejów i tych, którzy nam dobrze czynią. Niech ten piękny czas oczekiwania na Zesłanie Ducha Świętego jeszcze bardziej umocni nas w wierze, że nie jesteśmy sami, że Duch Zmartwychwstałego Jezusa towarzyszy nam na wszystkich drogach naszej codzienności. Niech Wam Pan Bóg błogosławi!
S. Faustyna, Teresa Radzik SSpS
Bandundu, Demokratyczna Republika Konga
Samochód dla wspólnoty sióstr w Bandundu został dofinansowany dzięki werbistowskiej Akcji św. Krzysztofa 2025.

